Teksty bez polotu, z kiepską polszczyzną, okraszone zdjęciami autorskimi.

Zapraszam na nowy

Zapraszam na nowy adres bloga: sojka.ptica.rs

Преведи Przetłumacz

piątek, 23 września 2011

Prawie jak Bałtyk - czyli pożegnanie lata

W wakacje Nowy Sad staje się piekielnym miastem słońca. Temperatury przekraczające 35 stopni w cieniu, sięgające 40 kreski na termometrze.
Dla mnie to raj, tak, tak raj. Zawsze marzyłam o zagwarantowanym upalnym i suchym lecie. W te wakacje w NS mieliśmy dwa deszczowe dni.
Taka pogoda sprzyja jeszcze większemu zagęszczeniu w kawiarniach, barach i restauracjach, które wyposażone w klimatyzację, systemy rozpylające wodną mgiełkę, wentylatory, zimne soki, piwo i kawy, ratują dzień.
Nowy Sad może się pochwalić jedną dość dobrze zorganizowaną plażą miejską i dwoma dzikimi.
 
Plaża miejska Штранд (czyt. sztrand) to miejsce w wakacje przeludnione, ale nie ma co się dziwić. Boiska do uprawiania wszelkich sportów, pełno barów z piwem, ławeczek, mini golf, ścianka wspinaczkowa, organizowane zajęcia z jogi, samby i czego tam jeszcze dusza zapragnie, wieczorne koncerty, bardziej i mniej znanych (miło wspominamy koncert Mumina z Love Hunters, który jak za dawnych lat zdjął koszulkę i pokazał swój piwny brzuszek...), piaszczysta plaża i Dunaj. Można dyskutować nad bezpieczeństwem zdrowotnym co do kąpieli w rzece przepływającej, bodajże, przez 10 państw,  która jest prawie trzy razy dłuższa od Wisły, w której to nogi w życiu nie zanurzyłam i nie zamierzam (w Wiśle) :) Pamiętam historię z dzieciństwa jak ktoś powiedział, że od kąpieli w Wiśle spadają warstwy skóry, a jeden pan który się w niej kąpał, na Warszawskim odcinku, wyszedł już jako same kości, tyle mu tych warstw odpadło... ble. Tak więc poddaję w wątpliwość czystość Dunaju, aczkolwiek tysiące ludzi się kąpie i żyją, a z wody wychodzą ze wszystkimi warstwami skóry, chyba...W nowosadzkim Dunaju wykąpałam się raz. W ramach entuzjazmu z pierwszego przybycia do NS i upojenia promieniami słonecznymi. Wyczynu już nie powtarzałam i Dunaj podziwiam z wybrzeża lub mostu...

Jednak dla mnie bardziej pociągające są dzikie plaże. Jedną z nich jest plaża, która ciągnie się wzdłuż słonecznego wybrzeża (сунчани кеј). Jest to około 2 kilometrowy deptak, który prowadzi do plaży miejskiej ( w te wakacje remontowany) dosłownie skąpany w słońcu, ani odrobiny cienia by się skryć. Gdy już znajdziemy się na tym deptaku uciekamy w stronę rzeki i odkrywamy ciągnącą się równolegle wspaniałą plażę. Fantastyczny jasny piasek, szum fal i drzewa, wszystko to razem sprawiło, że poczułam się prawie jak nad Bałtykiem... Ta plaża ma to do siebie, że co roku wygląda inaczej, jeszcze dwa lata temu była trzy razy mniejsza. Jest świetnym miejscem by zaszyć się z książką w cieniu drzew, poopalać w bardziej wyludnionych zakamarkach, budować zamki z piasku, zbierać muszelki, podziwiać twierdze z innej perspektywy niż na co dzień... Idealne miejsce na lato w mieście.


Drugą z "dzikich" plaż jest Официрац (czyt. oficirac). Plaża ta znajduje się po drugiej stronie rzeki czyli na Petrovaradinie w pobliżu mostu kolejowego. Oddalona jest od centrum miasta 20-30 minut drogi. Plaża jest dość czysta z dwoma mini barami z prądem z agregatu wojskowego i kilkoma leżakami, dzikimi miejscami na ogniska. Wieczorne imprezy są bardziej kameralne niż na Sztrandzie i zdecydowanie dużo bardziej w atmosferze lata za miastem. Spotkać tu można amatorów sportów wodnych od narciarzy do kajakarzy i wędkarzy, a siatkówka jest tu bardziej spontaniczna niż w innych miejscach. W tym roku posłużyła nawet jako część pola namiotowego dla gości festiwali EXIT. Potencjał tej plaży jest w smutny sposób niewykorzystany w stosunku do przeludnionego Sztrandu, gdzie to człowiek na człowieku, bar na barze...


Lato się kończy, przychodzi jesień...


czwartek, 15 września 2011

Wrześniowa Rakija

Pomimo, iż w Serbii dalej panują 35 stopniowe upały, wrzesień tętni jesienną atmosferą. Ruszyły przygotowania do zimy. Przy drogach sprzedawane są na masową skalę wielkie czerwone papryki (150 dinarów za worek = 6 zł), które w najbliższych dniach zmienią się w ајвар (czyt. ajvar), пинџур (czyt. pindżur) lub w marynowane papryki. Zimowe zapasy marmolada, слатко (czyt. slatko), główki kiszonej kapusty, marynowane ogórki, sałatki, kompoty, soki. Ach. Nie mogę sobie wyobrazić zimy bez ajvaru i wszystkich tych pyszności. Samo zdrowie i ratunek w zimowe dni. 

Jednak tym razem nie napiszę o przygotowywaniu zimnicy, pieczeniu papryk, słodkim zapachu, który opanował Serbię. 
Dziś będzie o Rakii. 

Ostatnio spędziłam pięć dni przy produkcji domowej Rakii. 
Domek na wsi, my, kazan, śliwki, gwieździste niebo, kolorowe, romantyczne noce i ona... rakija.
A było to tak... w miesiącu sierpniu wybraliśmy się na śliwobranie, część śliw sprzedaliśmy, resztę przeznaczyliśmy na rakiję. Śliwki fermentowały sobie ponad trzy tygodnie. Gdy były gotowe ruszyliśmy do akcji. Ja i A.
Oprócz sfermentowanych śliwek, potrzebny nam był i казан (czyt. kazan) czyli po polsku, jak to wyszperałam w internecie, tradycyjny alembik (nasz model ma już ponad 50 lat ale jeszcze daje radę). Kazan, ogień i system chłodzący czyli табарка (czyt. tabarka), co by rakija ze stanu gazowego przemieniła się w ciekły. Produkcja rakii to czysta destylacja.


A wygląda ona tak - uwaga dużo zdjęć obrazujących jako tako cały proces :) mam nadzieję, ze post nie znuży...

 Do czystego kazana wlewamy sfermentowane śliwki tzw. комина (czyt. komina). Pod komorą ze śliwkami podkładamy dość duży ogień i doprowadzamy śliwki do wrzenia. I czekamy. 

 Swoją drogą dlaczego najpopularniejsza jest rakija ze śliwek, śliwowica (Шљивовица)? Odpowiedź jest prosta, śliwka jest najpopularniejszym owocem w Serbii, jest jej dużo, dojrzałe śliwki mają w sobie dość dużo cukru, by same w odpowiednich warunkach sfermentowały. Inne owoce takie jak gruszki są droższe i jest ich na rynku mniej, co za tym idzie rakija z moreli, gruszek czy pigwy choć barrrdzo smaczna jest i droższa. O! 

 Wracając do naszej produkcji, po pewnym czasie para z gotowania śliwek przez metalową rurę / лула (czyt. lula) przechodzi do tabarki, czyli naszego systemu schładzającego, następuje skraplanie, na końcu powoli spływa już jako nasza pierwsza rakija. Gdy mamy już ok. 20 litrów sprawdzamy poziom alkoholu. Gdy osiągniemy poziom 30 % przerywamy proces...
 

 Otwieramy kazan i widzimy wulkan ze śliwek...


Pozbywamy się śliwek. Ten odpad nazywa się џибра (czyt. dżibra). I ruszamy z nową porcją śliwek, ogień, destylacja, 30% alkoholu, zmiana i tak do momentu aż skończą nam się śliwki... 
By rakija była dobrej jakości musimy dbać o to by woda w tabarce była cały czas chłodna, dlatego cały czas dolewamy do niej zimnej wody. I dolewamy, i dolewamy i tak cały dzień. 
Drugą ważną sprawą jest by nie iść na ilość, ale na jakość i w pierwszej destylacji staramy się nie schodzić poniżej tych 30% alkoholu. Gdy proces destylacji przedłużamy otrzymujemy większą ilość słabszej rakiji, ale i kwaśny smak i szkodliwe składniki... rakiję, która wywoła drapanie w gardle...
Trzecią - nigdy nie dodawać do fermentujących owoców cukru, jest to niewskazane gdyż od "słodzonej" rakii boli głowa!


Jedna porcja śliwek gotowała się, w naszym kazanie o pojemności 80 litrów, około 1,5 godziny.
Praca trwała we dnie i w nocy...


Następnie tą 30% rakiję musimy ponownie przedestylować. Tym razem do komory w kazanie zamiast śliwek wlewamy naszą tzw. miękką rakiję (мека ракија). Tym razem czekamy by rakija osiągnęła poziom np. 55% alkoholu... lub przez nas pożądany, wyższy lub niższy. 
I tak z 100 kilogramów sfermentowanych śliwek otrzymujemy ok. 15 litrów rakii 30 %, a następnie 8 litrów ponownie destylowanej (препечене) 55%.
Nasza rakija jest przezroczysta, by nabrała żółto-złotego koloru przelewamy ją do drewnianych beczek i dajemy czas by odpoczęła, nabrała koloru, a poziom alkoholu z 55 % spadnie do 52,5 % .


I voilà... tak wygląda produkt końcowy - nasza rakija z 2009 roku


 PS: ponieważ pilnie wyjeżdżam na miesiąc do PL zapewne pojawią się teksty z rodzinnego miasta jako polski off-topic.

PS2: zastanawiam się czemu tekst o tunelach Petrovaradinu nie wzbudził najmniejszego zainteresowania, zawsze chętnie przyjmę komentarz z konstruktywną krytyką, czy styl tekstu był nieodpowiedni czy temat mało ciekawy? :)

środa, 7 września 2011

Podziemne korytarze

Jest to pierwszy post o twierdzy, ale zapewniam że nieostatni...

Twierdza Petrovaradinska jest jednym z elementów związanych z Nowym Sadem, który tak naprawdę mało kto zna. Gdy piszę o twierdzy nie mam na myśli turystycznych atrakcji okolicy tarasu widokowego, zegara, hotelu, kilku restauracji, miejskiego muzeum. Mam na myśli dalsze zakątki twierdzy, do których przeciętny turysta już nie dociera ( i nie, nie myślę tu o zakątku Akademia Sztuki ). Niektórzy wiedzą jeszcze o klubie jeździeckim i dotrą do stajni pogłaskać konie, a i to nieliczni. Niektórzy byli w raz działających a raz nie klubach w twierdzy jak Bastion czy też w planetarium. 

Na mapie oznaczyłam: okolicę hotelu, Akademię sztuki i klub jeździecki.
Jeszcze mniej ludzi wie o ogrodzie tajemniczego pana B., który na twierdzy uprawia pomidory i kapustę, a do niedawna i środki odurzające. A już na pewno mało kto z turystów zwiedzał podziemne korytarze twierdzy, i nie... i tym razem nie mam namyśli tej małej trasy (ok. 1 km) pod zegarem z przewodnikiem i zamontowanym oświetleniem.
Mam na myśli korytarze budowane przez 88 lat w XVII i XVIII wieku, mam na myśli ok. 20 kilometrów korytarzy na czterech poziomach. Trzeci poziom ok 30 metrów pod ziemią. niemalże stała temperatura 16 - 17 stopni. Byliście? Jeśli nie - żałujcie, jeśli tak - gratuluję :)

Penetrowanie podziemnych tuneli nie jest dla każdego, brak światła dziennego, sygnału telefonu komórkowego, wszelkich dźwięków świata zewnętrznego. Wejść do samych tuneli jest kilka - kilkanaście, łatwo dostępnych dla każdego. Jednak nie jest wyczynem wejść do podziemi, sztuką jest je przejść i bezpiecznie wyjść z innej strony. Bez osoby znającej podziemia i system skrzyżowań Y i T mało kto decyduje się na oddalenie się od źródła światła na poziomie pierwszym. Ci co zostają przy wejściu najczęściej są autorami "wspaniałych" graffiti na ścianach i właścicielami plastikowych butelek po piwie. My ruszamy dalej by poczuć ciąg świeżego i chłodnego powietrza...

Jak każda twierdza i ta na Petrovaradinie owiana jest tajemnicą i legendami... tajemnica maltańskiego krzyża, który widnieje na jednej ze ścian, niewyjaśnione historie o dodawaniu kurzych jaj do tynku przy budowie twierdzy i chyba najbardziej znana historia o tunelu pod Dunajem...

Pragnę zaznaczyć, iż nie jestem specjalistą w spawach twierdzy, ale mam to szczęście znać osoby, z którymi nie boję się zejść do podziemi i spędzić tam kilka godzin "błąkając się" po mrocznych korytarzach, napotykając to nietoperza, to niespodziewaną wodę na drodze, odkrywając nowe miejsca. Jest kilka osób, które poprowadzą alternatywną trasą żądnych przygód turystów... Nie ręczę jednak za pana z brodą, który to potrafił w przeszłości rzeczonych turystów... zostawić samych w podziemiach lub znienacka rzucić gumowego węża na delikwentów... no cóż jaki charakter, takie poczucie humoru.

Poniżej zamieszczam zdjęcia dzięki uprzejmości T., który to zabierając swój sprzęt foto wraz z dodatkową lampę błyskową, udokumentował jedną z naszych wypraw.

 Jeszcze możemy stać wyprostowani, ale to tylko na poziomie pierwszym, a i to nie zawsze.

 Woda i tajemnicza tratwa z beczki na poziomie drugim

 Tak wygląda poziom trzeci przy świetle latarki...

  A tak w błysku fleszy :)

UWAGA :) powyższy tekst w żadnym wypadku nie zachęca do eksplorowania podziemnych tuneli twierdzy na własną rękę. Zachęcam jednak do dokładniejszego zwiedzania jednej z największych atrakcji Nowego Sadu, również nadziemnej części.

środa, 31 sierpnia 2011

Најлон

Gdzie: Vidovdansko Settlement, Nowy Sad, Serbia
Jest takie miejsce w Nowym Sadzie, które albo pokochasz, pozostajesz wierny i ciągle wracasz, albo po prostu nie lubisz, nigdy nie byłeś lub byłeś raz i nic - nie ma szału, chemia nie ta.  

Takim miejscem jest Најлон пијаца (czyt. najlon pijaca), targowisko, bazar - po prostu pchli targ - бувља пијаца (czyt. buvlja pijaca)

Najlon pijaca czyli nylonowy targ. Nazwa jak nie trudno sie domyśleć
pochodzi od początków bazarku gdy sprzedawcy rozkładali swoje towary na foliowych płachtach (tak też jest do dziś). 

Ci wtajemniczeni wiedzą, że na najlon wyrusza się w sobotę rano, latem nawet o 6 rano. Jak to na pchlim targu można tu kupić czego tylko dusza zapragnie. Do nabycia są: szczeniaczki, rybki, papużki, kurczaczki, warzywa, ubrania - nowe i nie koniecznie... kremy, rowery, stare zdjecia, monety zegarki szwajcarskie, rosyjskie, drukarki, monitory, stare telewizory, radia, filmy na dvd bardziej lub mnie oryginalne, kasety, płyty winylowe, meble nieraz bardzo stylowe, filiżanki, szklanki, instrumenty muzyczne, obrazy, gadżety erotyczne, zabawki, komiksy, książki...


w tym morzu osobliwości można co sobotę odbyć podróż w czasie. Widok skafandra do nurkowania rodem z lat 40-50 XX wieku, zalał mnie falą trwogi o bezpieczeństwo w takim sprzęcie 30 metrów pod wodą... widok hełmofonu pociągnął mnie w stronę beztroskiego dzieciństwa, kiedy to hełmofon był ulubioną zabawką...


Ducha najlonu tworza przede wszystkim cyganie, to z nimi można się porządnie tagować, a i trzeba. Tak naprawdę to ceny, które podają są już przygotowane do opuszczenia. 


-Ile to kosztuje? -200 dinarów. 
Z poważną miną odkładamy przedmiot i odchodzimy. Idziemy dalej, oglądamy, wybrzydzamy i wracamy po dłuższym czasie do naszego sprzedawcy. 
-Ile to kosztuje? -150 dinarów. -Oj nie, mam tylko 80. -Daj 100. 
Wyciągasz z kieszeni 80 dinarów. Sprzedane. Udana transakcja, my zadowoleni, a i sprzedawca zadowolony. Bo panuje zasada, że trzeba przełamać złą passę i czasem sprzedać za śmieszną sumę, by przyciągnąć dobrą energię i większy zarobek... no ale to chyba zasada jak na każdym innym pchlim targu.
No cóż faktem jest, iż sprzedający często nie wiedzą jaką wartość mają sprzedawane przedmioty, wartość książek często oceniana jest na podstawie grubości... i tak dalej.

Tłok, ścisk, hałas, trajkot, tumany kurzu. Można spacerować, można kupować lub tylko oglądać. Gdy kilka razy wybierzemy się na bazar i spędzimy na nim co sobotę po 2-3 godzinki, zauważymy znajome twarze, bo grupa ludzi, którzy szperają po foliowych płachtach jest stała i skrystalizowana. Po jakimś czasie już wiemy kto czego szuka... 


Ci sympatyczni państwo są zawsze świetnie przygotowani. Wielki parasol, który uchroni przed oparzeniami słonecznymi, kilka porządnych siatek, długie nogawki. Kupują roślinki, ubrania, drobne elementy do domu, drewniany wieszak, jakaś półka, pleciona wycieraczka, miedziane naczynia...

My z A. nabyliśmy kilka ciekawych książek, skórzaną walizkę, dobrych kilkadziesiąt płyt winylowych, powiększalnik do zdjęć i inne. Nie wspominając już o masie zegarków, które A. nabył, wyczyścił, poprawił, dodał sprężynkę, śrubkę, baterię, wskazówkę i sprzedał za niebagatelne pieniążki. Cóż takie hobby :)

Najlon szybko się kończy już około 12 wszyscy powoli się pakują o 13 nie ma żywej duszy jedynie pozostają drobiazgi, które w pośpiechu ominięto. Jedno jest pewne, zaraz ktoś przyjdzie i je pozbiera, a w następną sobotę rozłoży своје парче најлона - swój kawałek folii...



PS: Najlon oczywiście idzie z duchem czasu i ma swój rosnący w silę facebook :)

PS2: Początek miesiąca i nowa porcja komiksu już jest! Nawet nawiązuje trochę do tego posta, w związku z teorią, iż w każdym domu znajdują się, niepotrzebne domownikom, rzeczy o wartości 2-3 tysięcy euro. Trzeba się tylko zebrać w sobie, odnaleźć te rzeczy, wystawić na allegro, wynieść na bazar, wyprzedaż garażową lub coś w tym stylu...

sobota, 27 sierpnia 2011

Kulinarnie - postne faszerowane papryki

Od czasu do czasu, uraczę blog dokumentacją moich wybryków kulinarnych. Nie jestem mistrzem patelni, a moja kuchnia to mieszanka przepisów polskich, serbskich i kuchni ogólnej :) A to znaczy, że nie specjalnie trzymam się jakiś konkretnych reguł, rzadko zapisuję przepis, a sprawdzone dania za każdym razem muszę odtwarzać na nowo. 

W związku z tym, że ja i A. pościmy w środy i piątki, część przepisów będzie postnych, czyli bez wszelkich produktów pochodzenia zwierzęcego (zero jajek, mleka, mięsa, sera...)
Ponieważ ostatnio przywieźliśmy ze wsi ogromne ilości papryk, pomidorów, bakłażanów, kukurydzy i innych płodów ziemi, gotowanie jest banalnie proste.

Taki też będzie ten przepis na zapiekane faszerowane papryki.


- 9 papryk do faszerowania np. żółte
- 5 pomidorów
- 1 mały bakłażan
- 1 marchewka
- 2 średnie cebule
- 2 papryki innego koloru niż do faszerowania np zielone, czerwone
- 1/2 ostrej papryczki jeśli ktoś lubi
- olej
- szklanka ryżu
- przyprawy (sól, pieprz, oregano, bazylia)





Zaczynamy od obrania bakłażana. Potem kroimy go na grube talary, solimy i odstawiamy z boku by puścił sok. Następnie zajmujemy się paprykami, odkrajamy czapeczki, czyścimy z pestek. Nastepnie szatkujemy pozostałe warzywa, jak najdrobniej. Bakłażana płuczemy z soli, kroimy w drobną kostkę.


Następnie cebulę podsmażamy, dodajemy pomidory (najlepiej bez skórki, ja tym razem zapomniałam), gdy pomidory puszczą sok dodajemy pozostałe warzywa, gdy sos zgęstnieje przyprawiamy. 
W tym samym czasie gotujemy ryż, szklanka lub nawet pół. Jak ktoś lubi może dodać szczyptę vegety.


Na końcu pozostaje nam już tylko napełnić papryki farszem (mieszamy w dowolnych proporcjach ryż z sosem), przykrywamy czapeczkami i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na ok godzinę. Ja tak naprawdę wyciągam danie z piekarnika, gdy skórka papryk pomarszczy się i zbrązowieje, czasem papryki są gotowe wcześniej, czasem trwa to dłużej niż godzinkę.


Zdjęcie efektu końcowego nie jest powalające, ale zapomniałam zrobić zdjęcie po wyjęciu z piekarnika. Tyle zostało z obiadu :)

Podane proporcje są oczywiście na oko, z tego co podałam planowałam obiad dla trzech osób, farszu wyszło więcej niż potrzebowałam, ale też się zjadł. 
Polecam wszelkie opcje faszerowania papryk warzywami, mięsem mielonym, serem i wszelkimi innymi składnikami. Faszerowane papryki, nie muszą być pieczone, można je również gotować.
Świetne są też faszerowane pomidory, szybciej się pieką, a kombinacja pomidora z fetą i szpinakiem jest rewelacyjna :)

Smacznego - Пријатно

środa, 24 sierpnia 2011

Zbrodnia na kawie

Od czterech lat z kawałkiem piję kawę po turecku, турску кафу (czyt. tursku kafu) lub jak kto woli домаћу кафу (czyt. domaću kafu). Dotychczas ukochana, kawa z mlekiem i cukrem (3/4 mleka, 1,4 wody) poszła w zapomnienie.

By przygotować taką kawę potrzebna nam jest Џезва (czyt. dżezwa) czy też Ђезба (czyt. dźezba) lub bardziej swojsko tygielek.

Moją pierwszą dżezwę kupiłam na bazarku w Niszkiej Banji. Po krótkiej rozmowie z panem sprzedającym (moim wówczas fatalnym serbskim), okazało się, iż sprzedawał on w latach bodajże 70-tych na stadionie dziesięciolecia, w związku z tym udało nam się spuścić cenę mojej dżezwy w kolorze czerwonym o pojemności na trzy kawy, o całe 100 dinarów. Dżezwa ta do dnia dzisiejszego znajduje się w kuchni moich rodziców i dzielnie nam służy gdy wpadamy w odwiedziny do Warszawy.

W domu mamy aktualnie jedną starą jak świat, no może 10 letnią dżezwę oraz dwie małe typowo bośniackie (jak sądzę) mini dżezwy, które "sponsorowało" nam serbskie wojsko tudzież koszary Topczider.

Po kilku lekcjach od A. nauczyłam się robić fantastyczną, idealną, taką jaka powinna być kawę. Małą, gęstą, mocną, czarną jak noc - oczywiście z pianką. Na pierwszy rzut oka technika jest banalna, ale jak się okazuje by zrobić dobrą "domaćą kafę" potrzebne jest to coś. Jak już opanujecie technikę i odkryjecie rzeczone coś możecie się żenić lub wyjść za mąż. Tak, tak ja już od ponad trzech lat jestem na tym poziomie... Każdy  kto popije moją kawę informuje mnie, iż zdecydowanie robię bardzo dobrą kawę i już mogę do ślubu iść. (takie ludowe wierzenia...)

Przepis na 2 kawy:

Odmierzamy odpowiednią ilość wody. Do dżezwy wlewamy dwie filiżanki i ciut-ciut zimnej wody. Czekamy aż woda się zagotuje. Nie pozwalamy wodzie gotować się zbyt długo! Zdejmujemy z ognia i wsypujemy cztery czubate łyżeczki zmielonej kawy (najlepiej będzie jak zmielimy ją sami). Mieszamy, najpierw nie za głęboko, potem stawiamy dżezwę ponownie na ogień i mieszamy do dna, czekamy aż kawa nam się podniesie, ale nie pozwalamy wykipieć po powierzchni. Świetnie to wytłumaczyłam :) Jeśli kawa podniesie się za bardzo to zgubimy piankę :) Wszystko to trwa kilka sekund!
Kawa gotowa. Przelewamy do filiżanek. Poranną kawę podaję z ratlukiem, ewentualnie czymś słodkim lub dobrą domową rakiją.




Kawę pije się kilka razy dziennie, czasem zależy to od tego ile osób nas w ciągu dnia odwiedzi w domu lub ile spotkań towarzysko/biznesowych mamy zaplanowanych na dzień. Co ciekawe kawa już gotowa, zmielona dostępna w sklepach z roku na rok jest coraz bardziej śmieciowa i bezwartościowa, wszystkie te Grandy i Doncafe należy unikać jak ognia (prawie nikt tego nie robi, bo kawę pić trzeba).
Kawy w ziarnach... prawie nie uświadczysz. No może w wielkich marketach, a i tam znajdziesz maksymalnie trzy rodzaje, od czasu do czasu w nowych kawiarniach. Lub w ostatnio odkrytym przez nas miejscu, które znajduje się na рибљој пијаци czyli na targu rybnym w Nowym Sadzie.

Mamy już dżezwę, małe filiżanki, kawę, ręczny młynek, umiemy przygotować kawę... czas tę kawę wypić!

Na czym polega moja zbrodnia na kawie? Dziś zapragnęłam mojej warszawskiej kawy z mlekiem na śniadanie. Hop po mleko i rozpuszczalnego jacobsa do sklepu. Zamiast małej filiżanki do kawy, duuuuża filiżanka herbaciana... i dalej jak za dawnych czasów :) 1,5 łyżeczki kawy, łyżeczka cukru, 1/4 wody, 3/4 mleka... zbrodnia na kawie.



Powiazane teksty... Plugin for WordPress, Blogger...